Wywiady

Zobowiązanie wobec przodków

Rozmowa z Markiem Pakułą, obywatelem Polski, kandydatem na radnego do Rady Samorządu m. Wilna

Marek Pakuła - ur. w 1954 r. w Katowicach. Ma dwa wyższe wykształcenia. Ukończył Wyższą Szkołę Oficerską we Wrocławiu i Wyższą Szkołę Biznesu w Nowym Sączu. Żonaty, ma troje dzieci. Od 8 lat mieszka w Wilnie. Prowadzi wraz z żoną firmę turystyczną.

Dlaczego Pan, obywatel Polski, zdecydował się kandydować w wyborach samorządowych na Litwie z ramienia Polskiej Partii Ludowej?

Marek Pakuła z małżonką

Może zacznę nieco inaczej. Na Litwę przyjechałem, ponieważ mam żonę Litwinkę. A poza tym moje korzenie sięgają Wileńszczyzny od dziada pradziada. Moja prababcia była Litwinką, która wyszła za Białorusina. Urodziła się moja babcia, która uważała się za Białorusinkę i wyszła za Polaka, mojego dziadka, który urodził się w Starych Trokach. Babcia z dziadkiem mieszkali w Olkielnikach, gdzie urodził się mój ojciec. Ojciec stąd nigdy by nie wyjechał, gdyby nie II wojna światowa i działalność w AK. W 1944 r. mego ojca, wbrew jego woli wywieziono na Wschód. Gdy ojciec został wywieziony, babcia, dziadek oraz siostra ojca musieli uciekać, bo prawdopodobnie czekał ich podobny los. Zawsze chcieli tu wrócić, ale nie było to im dane. Ojciec mi ciągle powtarzał: "Ja tu już nie wrócę, ale ty masz jeszcze szansę". Korzystając z tej szansy właśnie wróciłem. Tutaj nadal sporo mieszka mojej rodziny i przyjaciół ojca. Dlatego uważam siebie za jednego z was.

Jak doszło do aresztu ojca?

To było podczas operacji "Ostra Brama". Szli oddziałem z Olkienik na pomoc do Wilna i pod Koleśnikami zostali zatrzymani i rozbrojeni. Początkowo byli osadzeni na Łukiszkach, a później wywiezieni.

A w jakim oddziale walczył Pański ojciec?

Tego mi ojciec nie powiedział. Wiem tylko, że był łącznikiem. Tutaj w Wilnie znalazłem w archiwum tylko dokumenty, że mój tatuś wraz z kolegami został zatrzymany za działalność w AK.

Ile lat ojciec spędził na Syberii?

Nie na Syberii. Mój ojciec został wywieziony do Astrachania. Spędził tam cztery lata. W 1948 r. dzięki Czerwonemu Krzyżowi wrócił do Polski.

A kiedy Pan po raz pierwszy zawitał do Wilna?

Po raz pierwszy w Wilnie się pojawiłem, kiedy Litwa już stała się krajem niepodległym. Niestety za PRLu ani ja, ani ojciec tutaj nie byliśmy. Ojciec trochę się bał. Bo jak już wspominałem był wywieziony. Dlatego przybył tutaj razem ze mną, już w latach 90. Zapoznał mnie z historią naszej rodziny, z miejscami, które były dla niego bardzo ważne.

Jak Pan poznał swoją obecną małżonkę?

Można powiedzieć stało się to trochę przez przypadek. Dzięki mojej cioci poznałem swoją żonę. Początkowo wyjechaliśmy do Polski. Pracowaliśmy tam przez pewien czas. Moja żona chciała jednak wracać do Wilna.

Kiedy pan przeniósł się na stałe do Wilna?

Na stałe przeniosłem się na Litwę w roku 1999.

Był pan pierwszym dyrektorem Domu Kultury Polskiej w Wilnie.

Właśnie ta propozycja objęcia stanowiska dyrektora Domu Polskiego spowodowała, że tu jestem.

Od kogo wyszła propozycja objęcia stanowiska dyrektora Domu Polskiego w Wilnie?

Ta propozycja wyszła ode mnie. Kiedy moja żona postawiła ultimatum, że wracamy do Wilna - zgodziłem się. Musiałem jednak poszukać dla siebie pracy. Otrzymałem informację, że do nowo zbudowanego Domu Polskiego poszukiwany jest dyrektor, który uruchomi ten budynek. Spotkałem się z profesorem Andrzejem Stelmachowskim. Pan profesor poprosił o złożenie CV. Po pewnym czasie otrzymałem informację, że moja kandydatura została zatwierdzona. Za swój największy sukces uważam to, że udało mi się ściągnąć pod strzechę DKP wszystkie polskie organizacje.

A jak Pan ocenia pracę obecnego dyrektora DKP?

Dobrze. Moja wizja i nadany przeze mnie kierunek pokrywa się z wizją obecnego kierownictwa.

Wracając do pytania pierwszego. Dlaczego jednak pan zdecydował się kandydować z ramienia PPL?

Dlaczego z Polskiej Partii Ludowej? Czytając program PPL doszedłem do wniosku, że ta partia jest otwarta na całe społeczeństwo. Ona nie zrzesza tylko i wyłącznie Polaków, ale również Litwinów, Rosjan, Białorusinów, Ukraińców... To z jednej strony. Z drugiej, jest to swoiste zobowiązanie wobec przodków, którzy tutaj żyli. Myślę, iż należy im się to, aby teraz ja swoją pracą, swoimi zobowiązaniami mógłbym tutaj się wykazać.

Chociaż Pan tu już mieszka od 8 lat jest pan obywatelem Polski, więc sytuację może Pan oceniać po części ze strony? Jak Pan ocenia polskie środowisko na Litwie?

Jeśli chodzi o Polaków, to oceniam ich bardzo wysoko. Nie zważając na przynależność partyjną. Są to ludzie, którzy chcą coś zrobić dla dobra narodu polskiego. Polska kultura jest bardzo zakorzeniona tutaj i jest to wielki plus. Macie bardzo dobre, na wysokim poziomie szkoły polskie.

Natomiast jedna rzecz mnie tutaj cały czas troszeczkę martwi. To są dyskusje między działaczami na tematy polskości. Do niczego nie prowadzą. Od wielu, wielu lat słyszę ciągle te same tematy: pisownia nazwisk, zwrot ziemi, szkolnictwo. Te sprawy już dawno powinny być załatwione. Martwi mnie również to, że czytając lokalną polskojęzyczną prasę widzę dużo złych słów pod adresem ludzi, którzy chcą coś zrobić dla Polaków na Litwie.

Załóżmy, że PPL wygrywa wybory i Pan zostaje radnym miasta Wilna. Co pan chce zmienić w naszym mieście?

Jeśli chodzi o radnego to zbyt dużego pola do popisu nie ma. Radny to jest człowiek, który zajmuje się podstawowymi sprawami społeczeństwa, zgodnie z tym co ustala Rząd i Sejm. I jedynie na swoim małym podwórku może doprowadzać do polepszenia warunków życia. Widzę sporo problemów dotyczących rozwoju miasta Wilna - rozwój komunikacji, tworzenie miejsc pracy. Nie zważając na to, że dużo obywateli Litwy wyjechało za granicę, to w Wilnie miejsc pracy nadal brakuje. Trzeba też zająć się sprawami społecznymi. Zobaczmy ilu jest ludzi, którzy proszą o jałmużnę na ulicach Wilna. Kiedy prowadzę wycieczkę do Ostrej Bramy czy po Starym Mieście, widzę jak podchodzą i proszą turystów o pieniądze. Najbardziej przykre jest to (kim są naprawdę trudno stwierdzić), że generalnie ci ludzie mówią po polsku...

Rozmawiał Antoni Radczenko

Nasz Czas 1/2007 (695)