Wywiady

Godzina prawdy

Rozmowa z Ryszardem Maciejkiańcem, prezesem Polskiej Partii Ludowej

19 grudnia złożył Pan w Ministerstwie Sprawiedliwości listę ponad 1000 członków Polskiej Partii Ludowej (Lietuvos lenku liaudies partija). Wymaga tego ustawa od partii, które zamierzają startować w wyborach. Zbliżają się kolejne wybory samorządowe, które odbędą się 25 lutego 2007 roku.

Równo przed czterema laty, jako dopiero co powstała nowa siła, Polska Partia Ludowa wystartowała w swoich pierwszych wyborach. Były to wybory do rad samorządowych w dwóch rejonach podwileńskich – wileńskim i solecznickim oraz w samym Wilnie. Jak na nowe ugrupowanie polityczne i faktycznie bez prowadzenia kampanii wyborczej, bez finansów oraz w atmosferze totalnej nagonki na nas ze strony Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, zdobyliśmy ponad 5 000 głosów zaufania. Po dwóch latach, w 2004 roku w wyborach sejmowych powtórzyliśmy ten nasz mały sukces, mimo że nie wystawiliśmy swojej listy kandydatów, lecz tylko kilku naszych kandydatów w jednomandatowych okręgach wyborczych. Wiemy więc, że mamy poparcie i rosnące zaufanie ludzi do nas, więc nie możemy ich zawieść pozostawiając bez alternatywy wyboru.

Po czterech latach trudnej pracy, dziś wzmocniona, Polska Partia Ludowa licząca ponad 1000 członków naturalnie nie może zawieść zaufania osób, które uwierzyły w naszą partię.

9 lipca 2006 r. odbył się zjazd Polskiej Partii Ludowej, który sprecyzował i rozwinął program, ostatecznie określając naszą organizację polityczną jako regionalną partię Ziemi Wileńskiej. Jest to pierwsza tego rodzaju partia, która ma zamiar szczególną opieką objąć jeden z regionów Litwy – Ziemię Wileńską (Wileńszczyznę). Specyfiką tego programu jest zastąpienie terminu walka - na praca, postrzeganie tego regionu – Wilna i okolicznych rejonów - jako całości po to, by podejmowane decyzje i realizowane programy dobrze służyły wszystkim – ludności miasta i mieszkańcom podwileńskich terenów. Trudno bowiem nie dostrzegać jak na tle dynamicznie rozwijającego się Wilna, poszczególne miejscowości w rejonie wileńskim dosłownie wymierają lub degradują. I nie pieniędzy brakuje – bo są znaczne nadwyżki w rejonowym budżecie – brakuje wśród rządzących rejonem dobrej woli, przygotowania i kwalifikacji, a przede wszystkim pracy dla dobra ludności, która jest zastępowana udawaniem pracy, propagandą rzekomego sukcesu, gdzie dbałość o interes społeczny, o interes wyborców został zastąpiony wyłącznie troską o siebie, interes prywatny oraz grupy, która kieruje Akcją Wyborczą.

W jednym ze swoich dzieł, wybitny Polak Stanisław Cat - Mackiewicz zauważa, że władza demoralizuje człowieka, a całkowita władza - demoralizuje całkowicie. Tak się niestety stało i z działaczami Akcji Wyborczej za prawie 14 lat większościowych nieprzerwanych rządów w rejonie wileńskim. Zamykać na to oczy i pozwalać, aby przestępczo byłaby marnotrawiona historyczna szansa rozwoju tego terenu, w tym polskiej społeczności, nie możemy. Wszak jest to jedyna na świecie i najdroższa nasza Ojczyzna. Innej u nas nie ma, nikt nas nigdzie nie czeka, tu nasza ziemia i nasze groby – tu i nigdzie więcej możemy i powinniśmy budować nasze jutro z myślą, byśmy mogli żyć godnie, bezpiecznie, w przyjaznej atmosferze i szacunku, w spokoju i dostatku. Czas wymaga, abyśmy wszyscy zmienili tryb naszego myślenia, a słowa Adama Mickiewicza "Litwo, Ojczyzno moja…" rozumieli w dosłownym tego słowa znaczeniu. Konflikt, krzyk, eksponowanie domniemanych nieporozumień i krzywd usuwa nasze środowisko poza margines zainteresowań. Na taki teren nie przyjdą inwestycje, nie dotrze postęp. Dlatego każde nasze działanie powinno być przemyślane i odpowiedzialne.

I takie są nasze zamiary na teraz i na dalszą przyszłość, któreśmy gotowi zrealizować wspólnie z tymi, którym nie jest obojętna przyszłość i los ludności zamieszkałej na Ziemi Wileńskiej.

O przyszłości mniejszości narodowych, o zachowaniu przez nie własnej tożsamości narodowej decyduje jak wiadomo cały system uwarunkowań, w tym stan oświaty i posiadanie warstwy wykształconych osób, dbałość o własną kulturę i tradycję, gospodarczy rozwój terenu, aby przedstawiciele mniejszości narodowej nie musieli emigrować za pracą z miejsc historycznego zamieszkania itd., itp. Natomiast stan i problemy oświaty w naszym środowisku są na łamach prasy, wydawanej w języku polskim, raczej najgorętszym i najczęstszym tematem dyskusji. Co Pana zdaniem należałoby zmienić w polskich szkołach w pierwszej kolejności?

Przede wszystkim zmienić stosunek do szkoły i atmosferę wokół szkół. Pozwolić szkołom, zresztą jak i wszystkim mieszkańcom rejonu, na swobodę działania, na własną inicjatywę i kontakt z otaczającym światem. Sprzyjać tym poczynaniom i inicjatywom i je popierać. Ci sami nauczyciele, a jest to w zasadzie jedyna większa grupa inteligencji polskiej, mogą osiągnąć więcej w przyjaznej atmosferze wzajemnego zaufania i szacunku. Natomiast w atmosferze drobiazgowej kontroli i patrzenia na ręce, nacisków, śledzenia i ustalania z kim można spotykać się a z kim nie można, co prenumerować i co czytać – szkoła nie ma szans rozwoju, a nauczycielstwo na wykazanie się własnymi pomysłami, programami, kontaktami i inicjatywami.

W ubiegłym roku 300 tys.litów, w tym roku 290 tys. zabrał W. Tomaszewski głównie ze szkół w postaci 2 proc. od podatków.

Zawłaszczenie środków od szkół, żeby potem wykorzystywać na własne cele polityczne – jest przestępstwem. Jest to znaczna suma, ale nie tylko o sumę pieniędzy chodzi. Jest niezwykle ważne, aby pozwolić i zachęcić zespoły pedagogiczne poprzez wspólne zbieranie środków na potrzeby szkoły, by budować wspólnotę szkolną, lokalny patriotyzm, uczyć uczniów samodzielności i odpowiedzialności.

Nie można też szkół zamykać przed kontaktami z otaczającym światem, z innymi działaczami, organizacjami czy partiami. Jeżeli szkołom będzie się zezwalać tylko i wyłącznie na kontakt z działaczami Akcji – to dla innych polska szkoła przestanie być interesująca, pociągająca czy potrzebna ze wszystkimi stąd wynikającymi negatywnymi skutkami. Natomiast jak nauczyciele czy rodzice, jako obywatele, skorzystają z konstytucyjnego prawa głosu i za kogo przegłosują – to ich wyłączne prawo.

Tragiczny błąd, że oświata w rejonie, gdzie przeważają szkoły z polskim językiem nauczania znalazła się w rękach osób nieodpowiednich i nieodpowiedzialnych. Kierownik wydziału oświaty, J. Narkiewicz, na co dzień szwagier W. Tomaszewskiego, kierował w rejonie trockim szkółką, do której uczęszczało kilka dzieci i którą faktycznie doprowadził do zamknięcia. Dziś z racji układów rodzinnych "kieruje" oświatą w największym rejonie Litwy na tym samym poziomie. O tym, że za oświatę w rejonie odpowiada niejaka T. Paramonowa - to dla nas wszystkich wielkie nieporozumienie i wstyd.

Zresztą i w stosunku do szkół, i w dziedzinie oświaty polityka powinna być szczególnie czytelna, czysta i moralna. Przecież tylko jako nieszczerość i dwulicowość można traktować taką "troskę" o polskie szkoły ze strony L. Janusauskiene – Pocikovskiej, J. Kwiatkowskiego, J. Sinickiego, T. Paramonowej. S. Swietlikowskiego i wielu innych z awepelowskiej "wierchuszki", którzy ani sami nie uczyli się w polskich szkołach, ani swoje dzieci nie oddali do szkół z polskim językiem nauczania, a możliwie nie przeczytali żadnej książki po polsku. Oni po prostu nie mają serca do naszych szkół, nasza kultura i historia jest im obca, a zespoły pedagogiczne potrzebne są jedynie do głosowania na nich. I co godne odnotowania - że nie ma wśród nich osób od pokoleń związanych z rejonem wileńskim czy tu urodzonych – są to osoby przyjezdne z bliższych i dalszych terenów, w większości spoza Litwy.

Mówiąc o potrzebie zmian uważamy też za niezwykle ważne wprowadzenie do szkół nauczania regionalnej historii i kultury, podobnie jak w innych krajach europejskich, gdzie zamieszkują mniejszości narodowe. Taki przedmiot powinien być ważnym przyczynkiem do wychowania młodzieży i ludności w duchu przywiązania do małych ojczyzn, do budowania naszej polskiej wileńskiej godności i odpowiedzialnego gospodarskiego podejścia, do ochrony naszego otoczenia z myślą o dalszych pokoleniach. Nasza historia jest niezwykle ciekawa i bogata, lista osób, którzy tworzyli na Ziemi Wileńskiej w minionych stuleciach jest niezwykle obszerna, a ich dorobkiem mogliby się szczycić nawet wielkie narody. Trzeba to jedynie poznać, upowszechnić i przekazać młodzieży. Z myślą o tym wydaliśmy "Nasze podwileńskie ojczyzny", książki poświęcone J. Obstowi, A. Wiwulskiemu i innym, opublikowaliśmy już kilka tysięcy stron w "Naszym Czasie", poświęconych wybitnym Wilnianom – twórcom, działaczom, przywódcom.

Przez wiele lat i do dziś co i raz poruszany jest temat zwrotu ziemi. Przed każdymi wyborami Akcja Wyborcza stawia ten temat na ostrzu noża, aby następnie w ciągu kadencji ograniczyć się do kilku oświadczeń czy kilku pikiet. Jak Pan ocenia działania władz samorządowych w tej dziedzinie?

Kiedy przed paru laty zostałem radnym rejonu wileńskiego z ramienia Polskiej Partii Ludowej nie z domysłów a na rzeczy samej poznałem cały fałsz związany ze zwrotem ziemi – w samorządzie nie ma ani jednej osoby, która bezpośrednio na co dzień zajmowałaby się tym tematem, konsultacje i pomoc prawna dla ludności w terenie nie jest okazywana, żaden list, żaden dokument dla ułatwienia zorientowania się ludności w zawiłościach ustawy nie został przetłumaczony na język polski, nie dokonano nigdy żadnej głębszej analizy stanu zwrotu ziemi. Wszystkie projekty zwrotu ziemi, w tym krzywdzące miejscową ludność i przewidujące przekazanie najbardziej atrakcyjnych działek drogą tzw. przenosin ziemi - też zostały uzgodnione z Samorządem! Wiadomo, że Ustawa o zwrocie ziemi była korupcyjna, wiadomo, że wielu korzystało z układów i stanowisk, aby pod Wilnem sobie działkę załatwić – ale Samorząd mógł i musiał te nieprawidłowości i nadużycia w znacznym stopniu zniwelować. Nic podobnego - sprzyjał temu, a hamując przygotowanie ogólnego planu rozwoju rejonu jednocześnie pomagał skupującym u miejscowej ludności za pół czy ćwierć ceny działki i szybko zatwierdzał ich parcelację pod budowę.

W roku 1998 samorządy powinny były zarezerwować na potrzeby miejscowej ludności brzegi rzek i jezior, aby z nich można było korzystać bez przeszkód. Zrobiły to wszystkie samorządy na Litwie, oprócz rejonu wileńskiego po to, aby te atrakcyjne tereny przypadły w udziale "przenoszącym" ziemię z innych rejonów lub też różnym "potrzebnym ludziom", nie zapominając również o sobie i swoim otoczeniu! O szczególnej nieszczerości i dwulicowości działaczy Akcji świadczy również głośno dyskutowany do niedawna projekt zwrotu ziemi w Suderwie. Projekt krzywdzący miejscową ludność, ukrywający około 200 ha ziemi na bliżej nieznane cele. Działacze Akcji pomawiają wszystkich o naruszenia, grzechy itd., milcząc natomiast, iż został on opracowany z udziałem Z. Balcewicza, który wtedy z ramienia Akcji Wyborczej pracował w powiecie i został zatwierdzony podpisem i pieczęcią S. Świetlikowskiego, dyrektora administracji Samorządu, na co dzień wuja W. Tomaszewskiego.

Niedawno tygodnik "Veidas" opublikował listę stu najbogatszych działaczy na Litwie. Wśród nich na 41 miejscu z 6 zadeklarowanymi działkami w rejonie wileńskim i 4 domami czy mieszkaniami w Wilnie, znalazła się "patriotka rejonu", była mer L. Janusauskiene – Pocikovska, mimo że zwrot ziemi jej się w ogóle nie należy. Co prawda nie zadeklarowała jeszcze dwóch posiadanych w rejonie wileńskim domów – w Niemenczynie i nad Żejmianą w sużańskim starostwie, co dawałoby jej pozycję w czołówce najbogatszych działaczy. Z Balcewicz, przedstawiając Akcję w powiecie, jak wskazywała prasa, również załatwił sobie i najbliższym 12 działek w Wilnie i rejonie wileńskim.

Kiedy więc mogli zajmować się problemami ludności, gdy się zajmowali wątpliwymi transakcjami i prywatnym interesem? I skąd mieli na to aż tyle środków?

Dziś mówi się o problemach zwrotu ziemi w mieście, a są to głównie Polacy. Czyż nie trzeba było z myślą o nich zarezerwować na granicy rejonu i miasta kilka tys. ha ziemi, zamiast zgadzać się na masowe przenoszenie ziemi z innych rejonów?

Jest to zaledwie kilka przykładów z bardzo wielu faktów, świadczących o dwulicowości, amoralności i skorumpowaniu działaczy Akcji przy braku rozeznania wśród ludności. Przykład sąsiedniego rejonu święciańskiego, gdzie ziemia już została zwrócona wszystkim właścicielom, mimo że na terenie Samorządu jest masa rzek i jezior i gdzie nacisk na pozyskanie ziemi był nie mniejszy świadczy, że władza samorządowa ma wręcz decydujący wpływ na ten proces. Jeżeli oczywiście tym się zajmuje.

I pytanie nieprzyjemne. Ubiegła samorządowa kampania wyborcza Akcji była poświęcona głównie nie programowi na przyszłą kadencję, a napadom na Pana i Pana otoczenie oraz rozpowszechnianiu publikacji z "Magazynu Wileńskiego" autorstwa Michała Mackiewicza o rzekomo roztrwonionych środkach przy budowie Domu Polskiego w Wilnie. Jak było w rzeczywistości?

Jest to przykład wyrafinowanego oszczerstwa i zakłamania. Gdy na przeciągu 6 lat wraz z zespołem redakcji poświęcaliśmy się budowie tego Domu, a także w Ejszyszkach i Druskienikach – utrudniali nam życie na różne sposoby, jak tylko mogli. Kiedy budowa została ukończona – nawet nie podziękowawszy siłą zajęli domy i stamtąd zaczęli pisać donosy o rzekomo roztrwonionych środkach zebranych na budowę Domu Polskiego w Wilnie.

Pisałem już o tym, ale się powtórzę, że w roku 2001 działacze Akcji złożyli donos do prokuratury, a ta z kolei poręczyła Ministerstwu Finansów przeprowadzenie szczegółowego sprawdzianu w temacie zbierania i wydawania środków na budowę Domu Polskiego w Wilnie. Trwająca prawie dwa miesiące rewizja wykazała nie tylko absurdalność tych zarzutów, ale też fakt, że wszystkie środki zostały wydane zgodnie z prawem i że za 6 lat niezwykle uciążliwej działalności związanej z budową nie pobraliśmy sobie nawet jednego centa, utrzymując się z minimalnych wynagrodzeń, otrzymywanych w redakcji “Naszej Gazety". Zresztą nigdy sam nie zbierałem pieniędzy. Zbierała je wyznaczona przez Zarząd Główny do tego celu osoba – Kazimiera Stankiewicz. Zebrane środki były przekazywane do banku i stamtąd pobierane w miarę potrzeby. Czyli niczego nie ukrywaliśmy, wszyscy widzieli i wiedzieli jak to się odbywa. Zresztą około 70 tys. litów zebranych środków było kroplą w morzu potrzeb, związanych z organizacją budowy, która kosztowała ponad 20 mln Lt i trwała wraz z procesem pozyskiwania działki i projektowaniem 6 lat.

Dziś jestem niezwykle wdzięczny temu inspektorowi - Litwinowi, który po zrewidowaniu wszystkich dokumentów i odbyciu niezliczonych spotkań ze wszystkimi, z kim tylko uważał za potrzebne, powiedział po męsku, że przeprasza za to, że na podstawie donosu podejrzewał mnie o nadużycia i że jest to w jego praktyce pierwszy przypadek, kiedy mimo wykonania tak znaczącego zakresu prac, organizatorzy budowy za pracę nie pobrali sobie ani jednego centa. I te słowa jak dotychczas są jedyną nagrodą i wyrazem wdzięczności za lata żmudnej pracy przy budowie domów polskich.

I właśnie mając w ręku taką odpowiedź na własny donos, działacze Akcji rozpoczęli oszczercze publikacje w "Magazynie Wileńskim", w "Tygodniku Wileńszczyzny" i w "Kurierze Wileńskim" oraz dostarczanie ich niemal dla każdej polskiej rodziny.

I jest to jednoznaczny dowód, że działacze Akcji dawno przekroczyli pewne funkcjonujące wśród ludzi zasady i normy moralności oraz porządności.

Zresztą jeżeli niektórzy z nich mogą się zrzec własnych rodziców, ponieważ rzekomo są "za prości", jeżeli każdej imprezie towarzyszy alkoholowa libacja za środki podatnika, jeżeli ostatnio szczególnie promuje się grupę osób o innej orientacji, a przeciwnej zakładaniu rodzin, jeżeli w wielu starostwach wrócili do łask działacze, którzy w czasach sowieckich naprowadzali porządek w kołchozach "pięścią w zęby" – cóż dla nich znaczy zorganizowanie oszczerczej nagonki na tego czy innego działacza?!

Jak więc temu zapobiegać w przyszłości?

Uświadamiać i oświecać ludność, domagać się od każdej władzy przejrzystości działania i szacunku wobec obywateli. A przede wszystkim w czasie najbliższych wyborów nie głosować na takich działaczy. Typowy chwyt stosowany od lat przez Akcję na zasadzie "łapać złodzieja"– ma ona całkowitą i niepodzielną władzę w rejonie wileńskim i solecznickim, korzysta z tego pełną gębą i z nadmiarem, jest w składzie koalicji rządowej i w związku z tym ma swoich przedstawicieli w powiecie i rządzie – a jednocześnie głośno krzyczy, że władza jest do kitu i że nie zajmuje się problemami rejonu i jego rozwojem. Jakiej im jeszcze władzy potrzeba? Może po prostu trzeba ograniczyć ilość balów, balików i libacji i zacząć nie udawać, a zwyczajnie pracować, podobnie jak w innych samorządach? Ten chwyt raczej trzeba uznać za szczyt politycznej perfidii, możliwej do stosowania jedynie w warunkach, kiedy do ludności nie dociera właściwa informacja. I takie przykłady można mnożyć i mnożyć.

Rozmawiał Antoni Radczenko

Nasz Czas 1/2007 (695)